ORBS

Ivo Nikić

About

Tytuł wystawy Ivo Nikić zaczerpnął od świetlistych, kolistych „duszków”, które powstają na zdjęciach zwykle jako efekt uboczny oświetlenia drobin pyłu przez lampę błyskową. Orby mogą zirytować fotografa-amatora, którego sfrustruje jego tani i kiepsko skonstruowany aparat cyfrowy, psując mu piękne ujęcie nocą – gdy, dajmy na to, światła z krnąbrnych kurzyków przesłonią twarz córki Irenki czy pyszczek kota Jeremiego. Niektórych podnieci jednak ten klimatyczny efekt i uczynią z niego estetyczny leitmotiv w myśl zasady „złe aparaty są najlepsze”, a model zapozuje im w komplementarnych dla orbów ortalionach. Z kolei zapaleńcy pokładający nadzieję w sprawy metafizyczne uznają orby za zgoła inne pierożki – cudowne powidoki, paćkające obraz na matrycy przez ciała astralne, snujące się po ziemskim padole w duchowych interesach. Diana Cooper we „Wniebowstąpieniu przez orby” poucza nas: „określone orby przyspieszą wasz duchowy rozwój”, bo „patrząc na ich fizys, uczymy się o nich i rozszerzamy dzięki nim swoją świadomość”.

Ivo Nikić w swoich obrazach abstrakcyjnych wykorzystuje te różne cechy przypisywane orbom, bo interesuje go ustanowienie bliższej, intymnej, a czasem i quasi-erotycznej relacji dzieła z gapiącym się na nie, początkowo speszonym i zagubionym odbiorcą. Na wystawie mamy się poczuć jak u siebie, bo każda kompozycja domaga się od nas innego spojrzenia: szukania nie na powierzchni, a zapadnięcia się w głąb. Za punkt wyjścia, swoisty przewodnik obsługi dla „Orbs” trzeba potraktować jedyny obecny na ekspozycji obraz magnetyczny o szarym tle, na którym umieszczone są różne elementy, jakie możemy dowolnie przemieszczać, dokonując dekompozycji i „przejmując” dzieło na własny użytek, formując je na nowo w myśl własnych upodobań estetycznych.

Nikić sięga po kompozycyjne „błędy”, szukając w nich nowych jakości dla uprawianej przez siebie sztuki irytowania widza, wybudzania go z apatii biernego gapiostwa na sztukę. To, co ostatecznie trafiło na skończone płótna, ma nas tak naprawdę naprowadzać na rzeczy nie takie, jakimi są na obrazie, a takie, którymi mogą (powinny!) się stać w naszej wyobraźni.

Nikić sugeruje, że niemagnetyczne obrazy też mają w sobie ukryty potencjał interaktywności za pomocą specyficznie nakładanych warstw farby, wprawiającej odbiorcę w złudzenie, że różne obiekty zostały jakby „nalepione”, przytknięte do płótna. A jeśli podejdziemy bliżej, to być może uda się je zdjąć z powierzchni i przemieścić w inne rejony. Dlatego podstawową cechą większości kompozycji jest frustrujące oko poczucie przysłonięcia jednych obiektów przez drugie.

Aby nie zjeść sobie zębów, musimy choć trochę pomamleć mózgiem prace Nikicia, porozsuwać znajdujące się na nich różne rzeczy, jakie wylądowały tam w charakterze kłujących nasz wzrok przesłon, supłów, węzłów, panoszących się pod nogami układnego rozumu belek chaosu. Trochę tak, jakby trzeci plan wlazł na pierwszy, a my wręcz eksplodujemy z chęci przywrócenia klasycznego porządku i twardej hierarchii. Orby są też niejednorodnej natury i koloru, co u Diany Cooper przekłada się na katalog porządku niebiańskiego typu barw kamieni szlachetnych. I tak diament reprezentuje archanioła Gabriela, a symbolizuje czystość, szafir Michała i opiekę, rubin Uriela i pewność siebie, cytryn Jophiela i bogactwo itd. U Nikicia te zależności są przepisane na porządek ludzki, cielesny, choć czasem również i kosmiczny.

Nieokreślona natura obłych obiektów z tych prac stanowi ich siłę, wyzwala w nas imperatyw do dookreślania, nazywania, przypisywania im konkretności. „To, co definiuje rzeczy (stuff), to ich amorficzność jako akumulacja, asamblaż, zbieranina obiektów; to mętne pole między granicami i określonymi kategoriami, to, co pozostało jako następstwo (obecnie ginącej) kultury obfitości” pisze Maurizia Boscagli, dodając „rzeczy lepiej definiuje ich liminalność między tym, co ludzkie i nieludzkie”.

Nikić nie zapomina przy tym o mechanizmach widzenia obiektów. Oko nigdy nie znajduje się przecież w stanie spoczynku, lecz wykonuje ruchy sakkadowe (skokowe), gdyż zazwyczaj czterokrotnie w ciągu sekundy zmienia się jego punkt fiksacji (to zawieszenie wzroku, trwające raptem 200 milisekund). Kompozycje wręcz „zachęcają” nasz aparat wzroku do przeskakiwania z miejsca w miejsce, lecz naturalna mechanika patrzenia sprawia, że miast nerwowości czujemy rosnącą ekscytację. Lekką złość sprawia jednak to wstrętne przysłanianie jednych rzeczy przez drugie, co większości z nas może przypominać o czymś, co czasem, przy jasnym świetle i przymrużonych oczach, wchodzi nam w pole widzenia. „Latające muszki”, czyli męty ciała szklistego, to cienie i nitkowate, nieostre kształty, widziane jakby pod mikroskopem, jakie zawsze są w ruchu. Sztucznie, na zasadzie animacji, Nikić dołożył je do obrazu w pracy wideo z 2008 roku „W oku”, w jakiej przez minutę patrzymy na przypadkowy kadr z perspektywy osoby, która dopiero co się obudziła, a męty gmatwają jej widok, niczym inna odmiana orbów.

– Marek S. Bochniarz

Exhibited Work